Rzeźnie i masarnie

U Walka

Rzeźnik Franc Watzlawczik (Walek) urodził się w 1851roku, zmarł w 1914 roku          ( mieszkał przy obecnej ulicy 1-go Maja 42). Przydomek Franca – Walek  pochodzi od jego ojca urodzonego w 1817 roku, któremu na imię było Walenty. (Teren za obecnym cmentarzem zwany Walkownią, był własnością dziadka Walentego, była tam kiedyś piaskownia(Sandgruba), skąd być może brano piasek do budowy kolei w 1856 roku). W 1884 roku ożenił się z  22-letnią Johanną Mludek. Mieli ośmioro  dzieci: Annę, Franza, Józefa, Marię, Józefę, Johanna, Alojza i Martę. Franc wybudował  rzeźnię na Welkej Stranie pod koniec XIX wieku. Rzeźnia mieściła się u nich „w domu”. Jego wnuk Jerzy Wacławczyk ur. w 1933 pamięta jeszcze z lat 40-tych XX wieku nieużywany  kołowrót znajdujący się na strychu domu, a służący kiedyś do powieszenia np. ubitej krowy.  Trzech synów Franca zostało rzeźnikami. Rzeźnię odziedziczył najmłodszy syn - Alojz (1899-1982) (też Walek) gdyż  jego dwóch starszych braci rzeźników zginęło w czasie I wojny światowej. Alojz rozbudował rzeźnie o nowe budynki w latach 30-tych XX wieku. Już w osobnych pomieszczeniach były wykonywane poszczególne czynności rzeźnicze: ubój, rozbiórka, mielenie mięsa w maszynach, gotowanie wyrobów w kotle, wędzenie. Za Alojza zbijano  przeważnie dwie świnie i ciela na tydzień oraz jedną krowę raz na dwa tygodnie. Rzeźnia byłą firmą rodzinną. W sklepie, który mieścił się przy rzeźni sprzedawała jego żona Maria zd. Herud, która zmarła mu dość wcześnie bo w 1947 roku. Alojz ożenił się  powtórnie z Anną Machnik, która urodziła mu jeszcze trójkę dzieci. Oprócz mięsa sprzedawano takie wyroby jak: kiełbasy, salceson, wątrobianka, krupnioki. Alojz nie został powołany do wojska, w tym czasie był najstarszym rzeźnikiem we wsi. Od 1945 roku do 1948 roku wszystkie rzeźnie w Pietrowicach działały jako firmy prywatne. Alojz został „wskazany palcem” przez miejscowego donosiciela i spędził pół roku we więzieniu w Raciborzu. Wtedy w jego domu pojawił się tzw. osadnik, niejaki Ludwik Ciuła pochodzący z gór, który  ożenił się z Władysławą Górny, siostrą „piekarza” Górnego. Rodzina Wacławczyk musiała zamieszkać na strychu swojego domu             w jednej izbie. Jednak rodzina Ciuła patrząc na to uczciwie, od samości dość szybko wyprowadziła się z Pietrowic. Na rzeźnika uczyli się u ojca jego synowie z pierwszego małżeństwa: Józef, Jerzy i Gerhard. W 1948 roku komuniści w Polsce poczuli się mocniej, została założona partia PZPR. Nacjonalizacja (upaństwowienie) zakładów pracy nabrało tempa. Wtedy w Pietrowicach wszystkie rzeźnie przeszły pod szyld Gminnej Spółdzielni (GS-u). I tak w latach  50-tych XX wieku rzeźnia Wacławczyka pospołu z rzeźnią Teodora Polaka działały w ramach spółdzielni. Kierownikiem tych rzeźni spółdzielczych był Karol Wycisk z ul. Konopnickiej, a potem do 1957 roku syn Alojza - Józef Wacławczyk (1929-2002). Ten ostatni był później sprzedawcą w sklepie rzeźniczym GS-u u Polaka prawie do końca lat 70- tych XX wieku. Po śmierci męża w 1982 roku Anna jeszcze długo prowadziła samą wędzarnię u Walka, a potem wędziła jeszcze ich córka Adela.                                                                                                               

 Rzeźnia u Pollaka (ul. Wyzwolenia 54)

Teodor Pollak uczył się zawodu u rzeźnika Latty. Jak się wyuczył to zbijał u siebie w domu na chałupce, a wynajmował sklep u Marcinka, o przydomku Czabania. Dziś na tej wysepce na Małej Stranie mieszka rodzina Plura, a w miejscu sklepu jest garaż. Wcześniejszy dzierżawca sklepu rzeźniczego u Czabani zbankrutował. W 1939 roku Teodor zburzył główny dom w swoim gospodarstwie, wybudował nowy i pomieszczenia z przodu przeznaczył na sklep rzeźniczy. Bardzo krótko zbijał i sprzedawał wyroby u siebie, bo dostał powołanie do wojska. Do około 1943 roku w rzeźni Pollaka zbijał zaprzyjaźniony kuzyn masorz Walenty Otlik. Potem rzeźnia została zamknięta. Po wojnie rzeźnie pietrowickie przejęła Spółdzielnia GS. Jako, że nie wolno było już wtedy prowadzić uboju i sprzedawać wyroby w jednym miejscu, to zbijano u rzeźnika Wacławczyka a sprzedaż prowadzono u Pollaka. Rzeźnia u Franciszka Machnika koło Jugendheimu (ul. 1-go Maja 19) Ta rzeźnia była jeszcze czynna krótko po wojnie. Franc Machnik senior urodzony w 1859 roku w podraciborskiej Brzeźnicy ożenił się w 1886 roku z Catheriną Watzlawczyk (1860-1890). Był synem Jakuba, zagrodnika (Gärtner) z Brzeźnicy. Franc w dokumentach jawi się już jako mistrz masarski (Fleischmeister). Postawił rzeźnię w centrum Pietrowic. Katarzyna urodziła mu trójkę dzieci: Emilię (1886), Annę (1888) i Antona (1890). Niestety zmarła cztery dni po urodzeniu synka. Dwa lata później Franc ożenił się ponownie, jego wybranką została Anastasia Schiniol. Urodziło im się dwoje dzieci: Marthe (1892) i Franc (1900). Ten ostatni syn Franca również Franc (1900-1973), został rzeźnikiem i przejął masarnię po ojcu. Ożenił się w 1929 roku z Julianą Krettek-Balcar (1903-1981). Mieli siedmioro dzieci: Miki (ur.1930 wyszła za mąż za Motyla, Hans (ur. 1931), Hubert (ur.1933), Agata (ur.1935, potem Cyfka), Róża (ur.1937, potem Paletta) oraz bliźnięta Julianna(1940-1999) i Franciszek (1940). W sklepie po wojnie sprzedawała najstarsza córka Maria. Rozbudowa domu nastąpiła w 1929 roku. Mieli też wędzarnię i elektryczne maszyny do przerobu mięsa, które stoją do dziś. Franc prowadził też pięciohektarowe gospodarstwo, pole uprawiał parą siwych koni. Dużą stodołę z czerwonej cegły postawili, ze względu na ciasnotę w miejscu zamieszkania, za cmentarzem, obok posesji rodziny Nowak. Uległa ona spaleniu pod koniec lat 90-tych XX wieku. Syn Jan został rzeźnikiem. Zawodu nauczył się u ojca, po wojnie pracował w rzeźni raciborskiej. Na fajramt zbijał świnie u ludzi. W latach 70- tych z całą rodziną wyjechał do Niemiec. Siostra ojca Franciszka - Rozalia (1896- 1945), mieszkała na wyłamku nad rzeźnią. Rzeźnia u Zebrały (ul. 1-go Maja 98) Na Końcuwsi była mniejsza rzeźnia ze sklepem Karola Sebralla. Po 1945 roku Kalik świadczył jeszcze prywatnie usługi rzeźnicze. Na przełomie lat 60-tych i 70-tych, późną wiosną rodzice zawsze posyłali mnie z koziczką do Zebrały. Oprócz kózki w rękach trzeba było jeszcze utrzymać miskę. Rzeźnik Zebrała odbierał kózkę i kazał wnet przyjść po mięso, które po pewnym czasie było już w tej misie. Na dodatek wręczał jeszcze 10 zł. Było to za skórę koźlęcia, którą zostawiał sobie, czyścił i suszył a następnie sprzedawał takiemu panu (skórkorzowi), który kilka razy w roku jeździł po wsi na motorku i krzyczał „Skooory!”.

Bruno Stojer